 Sport jest wdzięcznym tematem dla designerów. Loga, piktogramy, animowane czołówki, stworzone na potrzeby wielkich imprez sportowych zasługują na oddzielne opracowania i stanowią bogaty dział nowoczesnego projektowania. Powstawały różne – średnie, dobre i wybitne. Nigdy żenująco słabe. Przykro, że Polska i Ukraina już na wstępie strzeliła gola do własnej bramki.
Z wielką pompą, panowie Lato i Platini zaprezentowali nam gniota na poziomie proporczyka czwartoligowego klubu. Już na starcie wyróżniliśmy się in minus. Wcześniejsi organizatorzy rozumieli znaczenie marki. Rozumieli jak ważnym jej elementem, punktem wyjściowym, jest znak. Dbali więc o pokazanie klasy, nowoczesności, polotu. Nie sprzyjali najniższym gustom. Nie bali się rozwiązań trudnych, nawet kontrowersyjnych. Tymczasem – cytuję wywiad z Dawidem Korzewką, Prezesem Polskiego Stowarzyszenia Twórców Grafiki Użytkowej – „Kultura wizualna Polaków i Ukraińców jest dość przaśna, niewyszukana. W tym kontekście logo można ocenić jako udane, pomysł jest oryginalny i ciekawy.” Brawo. Nie można powiedzieć nic bardziej zakompleksionego, zaściankowego i najzwyczajniej głupiego. Kultura wizualna Polaków i Ukraińców to dwa odległe światy. Pierwszą kształtowały popowstańcze emigracje, Napoleon i zachodnia cywilizacja. Drugą Imperium Otomańskie i Związek Sowiecki (ruski design). No to róbmy cepeliadę, odpust i powiatowe dożynki. Z tej półki jest logo EURO 2012. Pokażmy się jako peryferia prawdziwej Europy. Pokażmy, że aspiracje Ukrainy do UE są na wyrost. Że ogólnie nie dorastamy. Przyznano nam organizację EURO 2012 na kredyt zaufania. Odwdzięczamy się wzornictwem na miarę górników z Donbasu, nie paryskich salonów. W smutnych czasach PRL powinniśmy mieć większe kompleksy. Polska grafika użytkowa ich nie miała. Polski plakat, ilustracja, logo (choć inaczej nazywane) były marką samą w sobie. Światowej klasy. Wyznaczały nowe kierunki, figurują w muzeach i podręcznikach od Tokio po Nowy Jork. Bez dętego pieprzenia o brandach i briefach, bez hermetycznych, niejawnych interesów sieciowych agencji reklamowych. Tam ginie otwartość, świeże spojrzenie. Obcina się jaja – zostaje tylko kasa. Podobnie, jak z samą piłką nożną. Przypatrzmy się samemu logo. Wybitny lwowski architekt z przełomu XIX i XX w., Alfred Zachariewicz, mawiał - „Źle, jeśli na moście trzeba wieszać klatki z kanarkami, żeby był ładny. Uroda mostu powinna wynikać z samej konstrukcji”. Przenieśmy tę zasadę na logo EURO 2012. Dla mniej wyrobionych – zabierzmy kolorowe, cieniowane tło, przestrzenne, komputerowe grypsy, upstrzone „przeszkadzajkami”. Zostawmy nagą prawdę. Takim regułom powinien poddawać się dobry znak. Zostaje rozlazła, niezwarta forma. Za dużo kolorów, ornamentów, za dużo wszystkiego. Powtarzanie w kółko, że logo nawiązuje do wycinanki ludowej, polskiej i ukraińskiej, ubliża prawdziwym twórcom ludowym. U nich dominuje logika konstrukcji. Ornament jest wynikiem wnikliwej obserwacji i syntezy natury. Dukt kreski – wynikiem narzędzia. Stary zdun huculski, stara baba z łowickiego, są bardziej nowocześni niż autor i apologeci projektu. Kwiat (pąk) ukraiński i polski wyrastają z jednego pnia (badyla). Miało być takie górnolotne przesłanie. Jak się chce powiedzieć za dużo, nie ma nic do powiedzenia. Wyszło - jak Bohun ze Skrzetuskim. Zamiast wyłonić logo w otwartym konkursie, zrobiono w stylu PZPN. Czemu ta sama firma, co zrobiła logo kandydackie? Bezosobowo, zakulisowo, cichcem. Kto zlecał, za ile, kto oceniał? PIŁKARZE ?!? Maciej Fronczak |
|
|
Napisany przez: broma () 25-01-2010